“Sny i kamienie” czyli pierwszy traktat przeciwko doskonałości.
Przed wieloma laty ludzie postanowili zbudować idealne miasto. Wykreślili obliczony co do milimetra, doskonały projekt. Wtedy jeszcze „żadna wątpliwość nie mąciła ludzkich umysłów, kładący cegły wierzyli ,że pion jest pionem, a poziom poziomem”. To właśnie w tym czasie, okresie mitycznego prapoczątku zakorzeniona jest debiutancka powieść Magdalen Tuli. „W snach i kamieniach” fabularny plan utworu łączy się nierozerwalnie z planem wzrastania i zamierania miasta.W rzeczywistości jednak trudno doszukiwać się w książce laureatki nagrody Kościelskich tradycyjnie pojmowanej fabuły z bogatą charakterystyką bohaterów czy wartkim strumieniem zdarzeń. W całym utworze nie pada nawet jedno imię, a stylistyczny kształt powieści już od pierwszych słów nasuwa skojarzenia ze stylem biblijnym. „Sny i kamienie” mają bowiem charakter niemal poetyckiego traktatu filozoficznego osnutego wokół architektonicznej metafory. Narrator wypowiadający się w utworze niczym Bóg spogląda z góry na ludzi z mozołem budujących swoje wymarzone miasto. Każdego dnia z pomocą tysięcy cegieł próbują oni wcielić w życie misterny projekt. Bohaterowie Tuli tworzą wspaniałe budowle, pełne pomieszczeń, do których wkrótce gubią się klucze. Nagle zaczynają gubić się w labiryncie który sami zbudowali. Okazuje się ,że sprzątanie i naprawy tego co stworzyli zajmują całe ich życie. Miasto coraz bardziej ich pożera, wpędza w swoje trybiki, a budowany przez nich świat paradoksalnie okazuje się być coraz bardziej zużytą maszyną. Z biegiem lat „wiotczeją sztuczne arterie miasta”, jak rdzewieją śrubki starzejącego się zegara. W mieście panuje smutek, unosi się woń niespełnionych nadziei. Między słowami można wyczytać ,że ostatecznie mieszkańcy zrozumieli jak utopijny i kruchy był ich projekt. Przecież był tylko ołówkowym rysunkiem, który tak łatwo zmienić czy zmazać za pomocą zwykłej gumki. Część z nich oddaje się budowie własnych miasta wspomnień i snów. Inni zdają się iść za cichym szeptem narratora i odkrywają , że na kartce zawierającej plan miasta mieści się jeszcze biały margines, za którym spoczywa przeciwmiasto . To odcięcie od jego źródeł spowodowało powolny regres utopijnej stolicy. Przeciwmiasto jest na wpół oniryczne. Mieści w sobie nieprzebrane pokłady znaczeń i uczyć zakopanych przez mieszkańców głęboko w ziemi. Jest podskórnym fundamentem, bez którego miasto upada. Wszystkim tym co niemożliwe do wykreślenia w jakimkolwiek planie. Możemy tylko się domyślać z czego jest zbudowane…Może ze słów?
W świecie przedstawionym „Snów i kamieni’ to za tożsamością słów, przedmiotów i ciał ludzie zdają się tęsknić najbardziej. Choć „we własnym mniemaniu są panami słów …one nie trzymają się rzeczy”. Ogarnięci kiedyś demiurgiczną pasja nazywania zapomnieli jak ambiwalentna jest natura tego procesu. Nadawanie nazwy już od najdawniejszych czasów wiąże się z dorastaniem, zdobywaniem wiedzy, ale i utratą niewinności. Niespodziewanie, doskonale ukształtowana pod względem formalnym książka, w której każde słowo zdaje się być precyzyjnie dobrane okazuje się być sprzeciwem wobec formy i samych słów. Narrator w „Snach i kamieniach mówi „słowa unieruchamiają postacie w ich rolach”. Nie znaczy to ,że należy się od nich odwrócić. Należy jedynie nadać im jednak właściwy ciężar . Nie zapominać o ich roli gdyż „prawdziwe wyznaczniki rozwiązań urbanistycznych to nie znane nikomu reguły tworzenia zdań …. przypisywania wagi pytaniom i odpowiedziom”
O „snach i kamieniach” można, nie bez ryzyka, powiedzieć, że są kolejnym postmodernistycznym wołaniem o powrót do wspólnego kodu – języka, metaforycznego miasta wolnego od nabazgranych na murach pustych haseł. To jednocześnie pierwszy w twórczości Tuli przewrotny manifest przeciw „doskonałemu życiu” tytułowych, wiecznie niewzruszonych kamieni. Kamienie bowiem, podobnie jak doskonałe kostiumy ze „Skazy” wiodą samotne „życie bez pragnień, bardziej niemożliwe do wytrzymania niż życie bez spełnień”. Głębi życia nie można odrysować na rządnym nawet najlepszym planie. „W tych czasach starości świata każdy jest u sam i każdy ma swoje własne miasto, które sypie mu się na głowę, zwietrzałym tynkiem, martwymi liśćmi” warto czasem zapomnieć o idealistycznych projektach, mani budowania, choć na chwile zdjąć kurz z wytartych haseł i wrócić do słowa. Przerwać zmowę kamieni.
maj 5, 2008 @ 10:19 pm
Wypada się zgodzić, gdyż wszelkie wysiłki według Tulli skazane są na niepowodzenia. Nie ma miasta idealnego, a wszelkie próby odtworzenia przestrzeni idealnej są skazane na klęskę. Tulli ubierając w metaforę miasta cały wysiłek ludzki, jego niekończonce się ikarowe wzlatywanie ukazuje cały dramat egzystencji człowieka. Wołanie o język, o którym wspomniałaś, wydaje się jedynie częścią całego misterium, agonii w poszukiwaniu sensu. Pozostając w swoistym rozdwojeniu między sferą metafizyczną a chęcią racjonalizacji rzeczywistości istota ludzka ma w sobie coś z tytułowych snów i kamieni. To właśnie, przywołane w tytule, kamienie wyznaczają jakby granice egzystencji oraz wyrażają w sposób jaskrawy kondycję współczesnego człowieka. Jest on zarówno czymś co rzucone w wodę przepada bezpowrotnie, jak i lekką mgiełką unoszącą się na wodzie o poranku - czymś tak nieodgadnionym jak sen. Lektura bezwzględnie warta przeczytania;]pozdrawiam
maj 10, 2008 @ 10:02 pm
Rzeczywiście jesteśmy chyba jak kamienie, pod z pozroru twardą skórą, ukrywające swoje senne dusze… a może w atomatycznej codzienności to sami zapdamy w sen i nieświadomie wybieramy los kamieni…budujemy kaminne miasta zamykając szczelnie bramy przed matyfizką …?