okolice sztuki

literackie nieliterackie nie tylko.

Po drugiej stronie “Koloni”

Ten troszkę umarły, który nie potrafi

Wcale żyć na tym świecie, chociaż jest już duży

[...]

Ten cos się nie nadaje. Do życia. Do świata.

[...] sam sobie wymyślił coś takiego[...]

[...]swoje własne państwo[1]

(„Wybrzeże Moskitów”, s. 44)

kraj wierszy, z którego wysłał czarną kopertę, bez adresata. Umieścił w niej list- siedemdziesiąt siedem jednostronicowych wierszy, układających się w niezwykłą pocztówkę z fantazmatycznej koloni. Widokówkę autorstwa Tomasz Różyckiego, który w swoim piątym tomiku zabiera czytelnika w kolejną precyzyjnie zaplanowaną poetycką podróż na statku tradycji i formy.

Jak bogata w sensy to wyprawa sugeruje już sam tytuł zbioru –„Kolonie. Kolonia to bowiem nie tylko podbity kraj stanowiący teren ekspansji, obszar z dala od centrum. To także miejsce przymusowego pobytu- kolonia karna, z której nie ma ucieczki. Jest to, co więcej czas wakacyjnego wyjazdu, nierzadko pierwszej samodzielnej wyprawy dziecka, gdzie na własną rękę odkrywa rzeczywistość. Podróżuje ku dorosłości. Świat przedstawiony w piątym tomiku Różyckiego roi się od takich migotliwych znaczeń. Wszystko w nim szuka swojej formy i obrasta snami ( s. 9). Zabierając do ręki „Kolonie” decydujemy się ma wyjazd po „Kawę i tytoń” (s. 5), handel „Żywym towarem(s.21) i ściganie duchów przeszłości. Gdzie jednak tak na prawdę płyniemy, przemierzając kolejne strony „Koloni”? Czy jest jakaś mapa, którą możemy się kierować, skoro odległe Indie, okazują się być tuż pod powierzchnią skóry, granicą ściany, niewidzialną zasłoną, którą można rozerwać tylko w nocy. Podmiot liryczny wyrusza tam by od nowa zasiedlać pustkę, żyć drugim byciem (s. 9). Kto w rzeczywistości zabiera nas w tą odległą podróż?

Płynięcie do koloni okazuje się jednocześnie podróżą po płynnych granicach podmiotowości „ja” lirycznego. Dryfuje ono wciąż między statusem pana i niewolnika, błogosławionego i przeklętego stygmatem poetyckości. Zabiera nas na niebezpieczną wycieczkę, od pierwszych stron tomiku powtarzając, jakby na swoją obronę, jak mantrę słowa Kiedy zacząłem pisać nie wiedziałem jeszcze. Zwrot ten pojawia się na początku aż dziewięciu utworów i jest punktem wyjścia do poetyckich rozważań wokół sensu pisania i statusu poety w świecie. Podmiot liryczny skarży się w jednym z nich:

[...]nikt mi nie powiedział,

że to taka choroba, że mnie będą leczyć

znajomi i rodzina, a także kobiety,

których dotknę piórem, będą mnie odwiedzać

potem w celach klinicznych[...]

że to taki wstyd jest, i tak trzeba być głupim,

żeby dać się zarazić przez kontakty we śnie.

(„Woda ognista”, s. 31)

Różycki zbliża się w nim, jak pisała Magdalena Rabizo-Birek, do archetypowej wizji artysty, jungowsko-freudowskiej w tym sensie, że będącej jakby ilustracją esejów twórców psychoanalizy o blaskach i cieniach geniuszu jako o chorobie lub pasożycie, wyrywającym człowieka z normalności i skazującym jego i bliskich mu na cierpienie[2] . Odwołuje się do niej nie bez ironii, która jest dla niego, podobnie jak dla romantyków, jedynym sposobem ukazania gorzkiej deziluzji marzeń, ideałów i wizji sztuki, skonfrontowanych z realiami egzystencji oraz próbą porządkowania anarchicznego żywiołu życia[3] . W „Koloni” poezja nie przybiera jednak jedynie wymiaru klątwy. Jest epifanią, czyniącą wewnętrzne doznania podmiotu czymś ponadjednostkowym i szczególnym. Paradoksalnie nabiera ona także charakteru biblijnego daru języków:

Kiedy zacząłem pisać nie wiedziałem jeszcze

[...]że tak łatwo pisać bez pamięci,

pisać do szaleństwa, gorąco, pisać całą duszą,

nad życie pisać, bez pisania uschnąć, i że byłbym niczym,

gdybym umiał mówić językami, a tego bym nie znał.

(„Opium”, s. 68)

Liryka sprawia, że jej twórca nosi cechy proroka, wybrańca, który dzięki swojej zdolności staje się bogaty[....] i jeśli czegoś zechce zaraz dostaje (s.80 ). To właśnie za przyczyną poezji, w otwierającym tom wierszu wiecznie niewyspany[...] dziwny upiór o przeźroczystej skórze zostaje przywołany do życia (s. 5) i może wreszcie wyruszyć w upragnioną podróż. Twórczość liryczna uzyskuje również wymiar kochanki, z którą należy się położyć by uzyskać status pełnej podmiotowości, zakreślić granice własnego „ja” i wreszcie stać się widzialnym (s. 80). Jej rola jest rozpięta w piątym tomiku Różyckiego miedzy dwoma przeciwstawnymi biegunami. Wiersze zaczynające się od słów kiedy zacząłem pisać nie wiedziałem jeszcze w tym samym stopniu porządkują świat przedstawiony, (umieszczając go w jakiejś klamrze kompozycyjnej) co burzą jego precyzyjną strukturę, opartą na metaforycznym schemacie dorastania i inicjacji. Wdzierają się we wszystkie szczeliny świata przedstawionego, jakby nie pytając podmiot czynności twórczych o zdanie. Są jak sam dar poetycki, nieuchwytne, samowolne, ambiwalentne. Otwierają „Kolonie” na różnorakie interpretacje, z których żadna nie jest w pełni satysfakcjonująca i jednoznaczna. Gdyby bowiem podmiot liryczny wiedział co się stanie gdy zaczął pisać? Czy wyruszyłby w podróż do koloni? Pytanie to wydaje się być zawieszone w próżni. W końcu także czytelnik jest jednym z członków lirycznej podróży i jako członek załogi ma na burzliwym statku poezji jakieś obowiązki do wypełnienia.

Do odpowiedzi na nie może zbliżyć kolejna próba zagłębienia się w polu semantycznym słowa tytułowego zbioru i potraktowanie tomiku jako pamiętnika z wakacyjnego wyjazdu dziecka, śladu pierwszego zetknięcia się ze światem dorosłych. Kolonia to czas inicjacji. Miejsce gdzie nie tylko gra się w pochody ale także, pali się ognie i przechodzi się chrzest, który już na zawsze pozostawia wypalone znaki na bledziutkiej skórze (s. 8). Na takim wyjeździe nie sposób uciec z płaczem do rodziców i ukryć się przed wyjącymi wychowawcami i wilczymi stadami. Kolonia okazuje się być u Różyckiego synonimem podróży w dorosłość, przekroczeniem granicy, po przejściu której budzi się wulkan i zaczyna bez końca ogniem i lawą pluć nad krajem dziecinnym. Wyjazd na nią jest nieodwołalny, a inicjacja przybiera czarną barwę. Ostatecznie wakacyjna podróż okazuje się w ustach symbolicznego szamana dotknięta formą katabazy :

[...]Siedzimy we trzech, blisko wody,

czarny tytoń, wino. Ja mówię, że to wakacje,

nurkowanie w falach ,że czas to perła, wyjęta

z pochwy, ze szkatułki ostrygi. Że kolory się stają

od zamknięcia powiek. On mówi, że to śmierć.

(„Szamani”, s. 53)

Uzyskanie dojrzałości wiąże się w „Koloniach” z zaakceptowaniem nieuchronnego końca, nieraz gorzkiej podróży. Wakacyjna pobyt otwiera jednak przed kolonistą jeszcze jeden wymiar egzystencji. To na koloni pierwszy raz

[...]piękna kobieta

rozbierze się wieczorem tylko dla nas, przez chwile

niebo będzie w ziemi i ziemia będzie gwiazda…

( „Rajska plaża”, s. 8)

Inicjacja seksualna traktowa jest w tomiku jako kolejny etap wtajemniczania, siła, która sprawia, że

[...]nasze ciała stają się w nocy

czwartym żywiołem, zmieniają się w popiół[...]

(„ Burza”, s. 7)

W pewnym sensie miłość okazuje się być jedną z masek śmierci, (zapowiedzią popiołów). Jest „ Ziemią Ognistą”, która jednak, w przeciwieństwie do przywołanej aluzyjnie biblijnej Ziemi Obiecanej, nie zarysowywuje wizji życia wiecznego:

[...]Ten świat jest twój, tędy

żywy jeszcze nie przeszedł nikt, nic.

(„Ziemia Ognista”, s. 46)

W utworze tym jest silnie związana z tradycja biblijną (i tym samym w pewien sposób usakralizowana) nie tylko przez sam tytuł utworu, ale także przez odwołanie się to erotycznej metaforyki Pieśni nad Pieśniami i starotestamentowej wizji kobiety- ogrodu:

[...]Będzie

bolało, będzie czerwienieć i będziesz mógł dotknąć

węża i wejdziesz w ogień jakbyś wchodził w ogród.

Podmiot liryczny, zarówno ten przybierający postać dziecka, jak i dorosłego, nie potrafi bowiem żyć na swojej wyspie, gdy jest ona bezludna. Tęskni zawsze do innego świata, ludzi i tradycji. Codziennie przez dziury w głowie (s. 10) zagląda niego drugi świat, wysyła listy, pełne przypraw, bez których rzeczywistość przestaje smakować. Z czasem listy te przychodzą już bez ostrzeżenia, we dnie oraz w nocy,

tak jaskrawe, pachnące, że bohater liryczny musi się z nimi jakoś ukryć, w ciemności sam zamykać oczy. Przysyłana poczta okazuje się mieć jednak „drugie dno”, wiadomość zamkniętą w butelce literackiego kodu, która można odczytać podróżując jedynie w stronę tradycji. Z „Cynamonem i goździkami” (s. 10) dociera do nas widokówka z pełnego tajemnice świata „Sklepów cynamonowych”. Odległe kolonie okazją się być światem, z jak sam się wyraził Różycki, książek czytanych w dzieciństwie. Wymiana poczty z odległymi krajami to dialog z tradycją. Kolonizatorem jest, więc każdy twórca, zasiedlający świat słowami. Okazuję się on być w panem rzeczywistości, schulcowskim demiurgiem, do którego przylatują ptaki- symbole poezji. Ale czy na pewno to podmiot liryczny sprawuje tutaj władze? Różycki zdaje się mówić inaczej:

Więc to tak wygląda,

Że manekiny mają dziś władze nad nami

I dekorują sobie kuchnie obrazkami

Z naszych dziecinnych książek

( „Cynamon i goździki”, s. 10)

Czyżby język poety „został uprowadzony”, jak o języku współczesnej poezji w swoim zbiorze esejów mówił Piotr Śliwiński[4]. Może wykradły go manekiny ze świata telewizji i kolorowych czasopism i przeniosły na margines życia, do świata literatury? Wspomniany krytyk w „ Świecie na brudno” pisał, że w „Koloniach” zasiedleniu podlegają miejsca i doznania uobecnione w lekturze i przeczuciu, nie w biografii, cudze-oswajne, a główną zasadą zbioru jest być może pastisz[5]. Teza ta wydaje się być zdescydowanie ryzykowana, gdyż przecież nie brak u Różyckiego opisów konkretnych, odwołujących się do biografii, osadzonych mocno we współczesności. Sam autor celowo bierze podmiot czynności twórczych jakby w nawias i zachęca do samodzielnych „czytelniczych poszukiwań”. Schulc jest bowiem niejednym twórcą, z którym Różycki „wymienia korespondencje”, Autor „Świata na brudno” pisał, że owa „braterska komunikacja” jest bodaj jedyną, która obecnie pozostała[6]. Tą tezę wydaje się potwierdzać utwór Różyckiego „Stara twierdza”:

Skończył się wiek dwudziesty i literatura

opuściła już miasta[..].

i zamieszkała w pustce

( „Stara twierdza”, s. 61)

Wraz ze śmiercią wielkich twórców( Brodskiego, Leśmiana, Rotha, Szulca i Mandelsztama)

Wstąpiła w otchłań,

Do zgubionych listów, zdjęć, do snów, donikąd.

Czyżby pomiot liryczny wieszczył pesymistyczną wizje schyłku literatury? Niezupełnie. Zdaje się on doskonale grać znaczeniami, poruszając się płynnie po przestrzeni załamań wersów i zdań. Paradoksalnie pokazuje, że poezja jest wciąż w „dobrej formie”. Zresztą czy zamieszkanie poezji w pustce ma na pewno wymiar katastrofy? Podmiot liryczny na wpół ironicznie stwierdza, że wcale nie, przecież poezja zamieszkała

[...]tam gdzie jest jej miejsce

od zawsze, od początku[...]

Dla Różyckiego twórczość liryczna jest bowiem „osobistą kolonią zakładaną na parapecie{…}kawałku skóry (s.13)przestrzenią intymną, raczej rozmową szeptaną do ucha niż publiczną dyskusją. Czasem cichym dialogiem z innym poetą. Podmiot liryczny Różyckiego, nie zmyka się na swojej wyspie. Wyrusza często by odwiedzić inne kolonie. Z entuzjazmem małego dziecka uczy się innych języków, by w pełni zrozumieć tubylców. Nie ucieka od dialektów na wpół już zapomnianych. Szczególnie bliska jest mu tradycja romantyczna. Po „Koloniach” przechadza się mara Mickiewicza piszącego list poddańczy do cara, a nad całym tomikiem wydaje się unosić atmosfera XIX wiecznych morskich wypraw. Duch czasów, w których nie do końca poznany świat nosił w sobie jeszcze znamiona tajemnicy, a tak bardzo ceniony i tłumaczony przez autora „Dwunastu stacji” Rimbaud odbywał swoje korsarze do dzikiej Afryki. Różycki nie stroni od poszukiwania „pulsujących punktów” także na mapie współczesnej poezji. Znajduje je m.in. u Marcina Świetlickiego, Jacka Podsiały czy Czesława Miłosza. Przy dedykowanym im utworach, umieszcza jedynie ich inicjały, po raz kolejny zmuszając czytelnika do twórczych poszukiwań interpretacyjnych. Pierwszemu z nich poświęca utwór „Dryfowanie”(s. 41). Wiersz ten przepełniony jest poetką charakterystyczna dla autora „Pieśni profana”. Jest rozmowa w jego języku, pełnym krótkich i mocnych fraz, lakonicznym, ale jakże niejednoznacznym. Dialogiem w ciasnej przestrzeni przedziału kolejowego, w którym unosi się dym papierosów, nieodłącznych rekwizytów Świetlickiego:

Nocne pociągi, Polska. Papieros skręcony

Z postrzępionej ciemności wolno się rozżarza.

Jak. Błędny. Ognik[...].

( „Dryfowanie”, s. 51)

Jest to kolejna męska rozmowa o bolesnej inicjacji, utracie złudzeń, punktów oparcia w świecie, który przecież kiedyś chyba wydawał się bezpieczny:

[...]Gdzieś tu. Gdzieś tam. To boli

troszkę. To zawsze boli tak za pierwszym razem.

Więc jest nic, nic ma kolor, nic sprawuje władze

Rozmowa tu i teraz, o obecnej polskiej rzeczywistości, w której być może trzeba ciągle obliczać opóźnienie. Wiersz ten to jednak, zgodnie z tytułem, dryfowanie– odbijanie się to od brzegów pastiszu, to od trawestacji. W tekście tym można odnaleźć m.in. pewne sygnały ironii. Szczególnie na planie formy. W niektórych fragmentach stawianie znaków interpunkcyjnych wydaje się być manieryczne i nie znajduje swojego uzasadnienie w treści. Czyżby Różycki poddawał wyśmianiu poetykę autora „Muzyki środka”? Wytrącał mu z ręki jego doskonałe narzędzie poetyckie (m.in. ironie) i czynił z niego broń skierowaną przeciw twórcy „Pieśni profana”? Możliwe, że częściowo tak, choć raczej chodzi tu o podkreślenie własnej inności, przekazanie swojej treści czyimiś słowami, gdyż jak pisał Śliwiński gniewna bezsilność Świetlickiego zostaje przełożona tu na bezsilność bezsilną, tonie w czymś rzewnym i złagodzonym[7]. Jest naznaczona wiarą, że jeszcze coś pozostało, od czego wiersz mógłby się odbić. Tym czymś jest na pewno tradycja. Zarówno ta sięgająca daleko w głąb romantyzmu( tak mocno uobecniona m. in. w wierszu „Rasa”(s. 56)) jak i ta współczesna, klasyczna. Podmiot liryczny „Koloni” dedykuje, jeden z poetyckich listów Czesławowi Miłoszowi, by jak pisał autor „Świata na brudno”, po Miłoszowemu,wskazać współzależność epizodu i metafizycznego porządku, do którego należy ten drugi.

Okazuje się, więc, że Różycki, pragnąc zachować swoją kolonie, stale zawiera sojusz z językiem, tworzywem niezwykle niebezpiecznym. Język jawi się bowiem w „Koloniach” jako czwarty wymiarem rzeczywistości, czwarty, krwiożerczy żywioł (s. 7)zapisujący świat nie tylko słowami, ale też ręką, ciałem, sercem (s. 77). Poezja Różyckiego wydaje się być w tym świetle zgoda z postulowanym przez Czycza nakazem „robienia poezji kimś”, kształtowania jej z tkanki twórcy[8]. Wiersz staje się w „Koloniach” figurą egzystencji, która w nocy będzie musiała czarnym językiem czyjejś krwi skosztować i handlować żywym towarem.(s. 21). Tropem, tworzonym z samego poety rozpadającego się na tysiące literek (s. 75). Z niepewności materiału językowego wypływa jeszcze większa potrzeba ujarzmiania go przez żelazną formę francuskiego sonetu. To ona tworzy szkielet spajający „Kolnie”. Wyróżnia je spośród innych „poetyckich wysp” i sprawia, że nie poddają się one żadnym „morskim prądom”, są odporne na krótkotrwałe poetyckie mody. Sonet kojarzy się formą niezwykle zaborczą, żmudną, zarezerwowaną dla wysokiej poezji. W tomiku Różyckiego jednak przybiera postać płynną, wręcz wydającą się naturalnym kształtem języka, odbijającym rytm morskiej podróży. Przypisywanie formie językowej tak wielkiej roli zdaje się wyjaśniać poeta w utworze „Kreole i metysi” mówiąc:

w takim ogromnym świecie można nas rozpoznać

jedynie po języku. Pokaż język, kotku.

(s. 6)

Jaki, więc język „pokazuje nam” Różycki?

W wielu miejscach przepełniony rymami niedokładnymi, tworzącymi delikatny rytm, rozbijany często przez nie tworzącą rymów dwuwersową puentę, czego najlepszym przykładem jest cytowany utwór „ Kreole i Metysi”:

Skoro ty jesteś dziwna i ja jestem dziwny,

to się wspaniale składa, razem zadziwimy

świat, będą pokazywać nas palcem rodziny

wychodzące na spacer, staniemy się słynni

i bardzo tajemniczy, nakręcą też filmy

o nas, zupełnie nieprawdziwe. Wprowadzimy

się w nocy, w środku grudnia do pewnej meliny

i będziemy tam robić miłość i nie będzie innych

spraw ani zajęć[...]

Będziemy już razem[...]

Przez trzy zwrotki poeta wprowadza nas, na palnie semantycznym i formalnym, w konwencje kołysanki. Usypia zmysły niemal baśniową fabułą utkaną z rytmicznego języka, przepełnionego rymami i instrumentacjami zgłoskowymi oraz utartymi zwrotami, niemal jak z typowego love story. Cały czas jednak dyskretnie gra znaczeniem słów, wprowadzając, niemal niezauważalne, ostrzeżenia przed zupełnym zawierzeniem materii językowej i odsłaniając zapomniane powinowactwa wyrazów. Jak bardzo blisko, częściej negatywnie nacechowanemu słowu „dziwny”, do pozytywnie wartościowanego słowa „zadziwić”. Dzieli je tylko krótki prefiks. Jak blisko bajce do horroru, a sielankowemu życiu do dramatu:

Tak się wspaniale składa,i język nas zdradzi,

Świat zabije, zamieni na rosę i popiół.

Nie można więc ufać słowom, jak i idyllicznej koncepcji miłości gdyż ludzka naiwność ukarana zostanie zawsze gorzką, niewspółbrzmiącą puentą. Z ponurej świadomości ostatecznej klęski wyrywa nas jedynie subtelna, odkłamująca, ale także oswajająca rzeczywistość ironia. Mimo tego, odbiorca może momentami odnieść wrażenie, że wszelkie semantyczne wartości niesione przez słowa zostały już do tego stopnia zdewaluowane, że bohater liryczny zmuszony jest stwierdzić:

Mój syn uczy się mówić[..].

[...]to jest niepodobne

do żadnego języka…

tylko mój syn mówi prawdę[..].

( „Kakao i papugi”, s. 25)

Czyżby podmiot liryczny zupełnie stracił wiarę w język? Chyba nie do końca. Czy można, bowiem jednoznacznie negatywnie skategoryzować opisaną w utworze przemianę w popił? Popiół nieodłącznie związany jest z bogatym symbolem ognia, płonącym w tak wielu miejscach świata przedstawionego „Koloni”. Ogień przepełniony jest ambiwalencją i tajemnicą, a przez to jeszcze bardziej pociągający. Kojarzy się zarówno z rozkoszą jak i z torturą. Rozświetla raj i pali w piekle. Symboliką ognia nasycona jest metaforyka erotyków, gdyż wiąże się z nim doznanie intymnego ciepła (jak np. w utworze „Bóstwo”- Przecież w te wszystkie noce, kiedy się kochaliśmy na podłodze, czuliśmy to ciepło, drżenie[...] szliśmy powoli po rozżarzonej lawie, po ogniu i po krwi). Spalenie w jednym płomieniu zapewnia kochanką pełną komunie, całkowite zespolenie i doświadczenie sacrum. Jak twierdzi Bachelard unicestwiając się w sercu płomieni, efemeryczność udziela nam lekcji wieczności. Daje nam śmierć totalną, która nie pozostawia śladu, jest gwarancją, że w całości przenikniemy w inny świat[9] Może dlatego gdy w „Koloniach” Nagle w środku miasta pojawia się wulkan (s.73) bohatera liryczny postanawia, że gdy inni uciekają my będziemy tu żyć, będziemy wrzucać mu w paszczę ofiary.Posługując się dalej interpretacją Bachelada łatwo dojść do wniosku, że podmiot liryczny „Koloni” dotknięty jest kompleksem Emedoklesa, czyli nieuświadomionym pragnieniem stosu. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że Różycki celowo posługuje się mogącym sobie zaprzeczać symbolem ognia, czyniąc z niego doskonały trop poetycki. Umożliwia on nie tylko, jak zostało pokazane wcześniej, wykłucie z niego maski śmierci, ale także pozwala na lustrzane odwrócenia interpretacji wierszy oraz wyzwolenie ich puenty z ram tragizmu, jak to ma miejsce w utworze „ Kreole i Metysi”. Paradoksalnie Różycki podkreślił w nim po raz kolejny, że językowi nie można ufać. Czy więc poeta jest jedynie bezwolną zabawką w jego rękach, a poezja to nic więcej tylko igraszka losu, pozbawiona mocy poznawczej? Z pewnością nie, gdyż w innym utworze podmiot liryczny wypowiada słowa:

[...]Ktoś nam różnie kładzie

przecinki, gdy ślizgamy się po złej powierzchni

wnętrza tej nocy, mowy. Ktoś czuwa nad rytmem[...]

( „Golfstorm”, s. 5 8)

Ponad pozornie bezładnym językiem jawi się więc u Różyckiego jakiś głębsza hierarchia, która pozwala porządkować świat. Nie jest to jednak zadanie łatwe, a tym bardziej proste w odczytaniu. Mimo doskonałej i wyważonej konstrukcji sonetu, utwory pochodzące z „Koloni” nie poddają się jednoznacznym interpretacjom. Napisane są pozornie łatwym językiem, fragmentami bliskim językowi dziecka, pełnym ożywień i antropomorfizacji, pod wpływem, których świat wydaje się pulsującą, plastyczną materią, w każdej chwili mogąca wysiąść i iść w dzikie trawy (s. 51). Różycki wręcz obsesyjnie szuka klucza do wyobraźni dzieci, powraca do czasów niewinności. W jego utworach wulkan wyrasta i pluje ogniem a dżungla wychodzi cicho na stopnie pałacu (s. 77). „Dziecięce” ukształtowanie materii poetyckiej jest jednak bardzo mylące. W rzeczywistości autor „Dwunastu stacji” opisując świat przedstawiony po mistrzowsku gra załamaniami wersów i zdań. (Można je zarówno odczytywać w porządku zdaniowym jak i wersowym wydobywając w ten sposób rozmaite sensy). Ujawnia się jako mistrz przerzutni. Niejednoznaczny kształt językowy jest równocześnie odbiciem stosunku podmiotu lirycznego do rzeczywistości, która w całym świecie przedstawionym jawi się jako pełna iluzji, przepełniona ambiwalencją tego, co prawdziwe i pozorne, niosące ból i radość. Może, mimo wszystko, istnieje w niej jakaś odgórna hierarchia, której źródło jednak trudno zidentyfikować:

Coś nas jednak popycha, ten strumień powietrza,

[...]z czyich ust wyszedł? Dokąd i kto go prowadzi[...]

( „Golfstorm”, s. 5 8)

Czy w koloni, jest miejsce dla jakiejś wyższej siły skoro

[...]Boga zaś poeta

pożre w swoim pokoju, on będzie niestety

żywić się wszystkim [...]

(„Mrówki i rekiny”, s. 30)

To on, gdy spotka na wyspie dzikich staje się kapłanem własnego świta przedstawionego:

Ci, co nas okradają[...]

[...]Ci tak doskonali

w tropieniu naszych błędów[...]

[...]-ich figurki z ziemi

i śliny ulepiłem, to są moi święci

leżący na gazecie. W specjalnym obrządku

odprawiam nabożeństwo, wolno, od początku

będę powtarzać sceny ich cudownej męki

( „Misjonarze i dzicy”, s. 11)

Czy podmiot liryczny ma wiec do religii jedynie obrazoburczy stosunek? Zdaje się wyśmiewać, bowiem kościół i misjonarską działalność duchownych. W rzeczywistości jednak sprzeciwia się jedynie pustym zakazom i nakazom, narzucanym prze z tych

[...]którzy nas wcale

nie słuchają i nigdy nie słuchali przecież,

tych, którzy nie patrzą w oczy[...]

Nie pragnie na swojej wyspie przyjmować religijnych wypraw, które jak XVIII- wieczne misje kolonizacyjne, nie akceptują odmienności i pod przykrywką niesienia wiary i oświecenia niszczą cudzą odmienność oraz nie respektują zasad człowieczeństwa. Z „Koloni” słychać jednak głosy metafizycznego niepokoju, jak np. w wierszu „Kult”:

[...]Przez ekran idzie cień

i wysyłam prośbę o ratunek do wszystkich jednostek,

które są w pobliżu. Halo czy ktoś tutaj czuwa?

(s. 11)

Bohater liryczny zdaje się żyć tęsknotą za jakimś nieokreślonym rajem, w którym, jak mówi:

stałem pod jabłonią

i Bóg wyciągał palce, robił to całą dłonią

te ruchy tylko dla mnie, znałem je na pamięć

(„Niewolnicy”, s. 32)

Odzywa się, wiec w nim głód sacrum, tęsknota za czasem mitycznym świętym i mocnym, doskonałością prapoczątków[10]

Gdy ludzkość żyła w wieku złota

(„Delfiny” s. 75)

Poeta odsłania w „Koloniach” podobieństwa między mitami a poezją gdyż oba te rodzaje wypowiedzi odtwarzają coś bardzo pierwotnego i archaicznego w społeczeństwie… wyrażają fundamentalne i trwałe związki z rzeczywistością[11]. Zgodnie ze słowami Bachelarda to właśnie poezja pozwala człowiekowi prawdziwie wejrzeć w kosmos[12].

Poetycka kolonia jest po części zakorzeniona w czasie mitycznym. Nie zrywa to jednak jej bezpośredniego zanurzenia w nurcie aktualnych zdarzeń. Wpływając do „Koloni” nie możemy jednoznacznie „zsynchronizować zegarków”. W jej świecie przedstawionym nakładają się na siebie różne „strefy czasowe”, które jednocześnie współistnieją ze sobą i przenikają się wzajemnie. W tomiku Różyckiego nie brak aluzji do wydarzeń z życia codziennego, czasem opowiedzianych w tonie humorystycznym, jak np. wizyta z dziećmi w kinie i oglądanie „Shrecka”:

Kino jest pełne dzieci. Potwory latają

Potwory piją mleko…

(„Orion, Psia Gwiazda”, s. 67)

czy bardziej podniosłych, jak wspominana wcześniej śmierć Czesława Miłosza. Zawsze stają się one jednak jakimś przyczynkiem do głębszej refleksji, zdającej się dotykać innego wymiaru rzeczywistości i czasu:

[..].Dopiero z dystansu

życie, co miga w oczach dzieci jak kijanka,

jest, gdy wyrośniesz z bajki piękniejsze od bajek

Czas w świece „Koloni” zaprojektowany jest jakby trójwymiarowo, otwiera się do wewnątrz i nierozerwalnie wiąże się z działaniem pamięci. Zwykła podróż paryskim metrem ewokuje obrazy zagłady Żydów i Ormian. Mimo iż, młody poeta nie może pamiętać opisywanych wydarzeń, to właśnie jemu twarze z żółtych fotografii [...]opowiadają historie o pięknej młodości, o zdradzie i miasteczku, sąsiadach i Europie.(s. 67) Jest niczym tajemnicze medium między teraźniejszością i przeszłością. Właśnie w nim otwierają się zabliźnione rany dziejów. To poecie skrzywdzone duchy skarżą się na dawną bierność zachodniej Europy, która tak szybko zapomniała o ich losie. Podmiot liryczny, mimo że sam nie przeżył wojny, nie potrafi wyobrazić sobie

[...]Że nigdy nie było

żadnej Wschodniej Europy, nie było piwnicy

do ukrywania sąsiadów, nie było tych wszystkich

transportów i łapanek[...]

(„Manewry garnizonu”, s. 4 8)

Jest w pewien sposób naznaczony historią swojej części Europy, która stała się historią jego rodziny, zmuszonej do wyjazdu ze Lwowa i zamieszkania na Śląsku. Sprawia ona, że bohater liryczny „Koloni” wypowiada słowa:

Wszystko mam poniemieckie- poniemieckie miasto

I poniemieckie lasy, poniemieckie groby,

poniemieckie mieszkanie, poniemieckie schody

[...] i właśnie na tych śmieciach zbudowałem sobie

życie[...]

( „Totemy i koraliki”, s. 42)

W rozmowie z Jackiem Gutorowem poeta przyznał, że właśnie ta przeprowadzka jest dla niego przekleństwem, że jest nią skażony, bo wepchnęła go w jakoś obcą mitologię i sprawiła, że nigdzie nie czuje się do końca jak u siebie. Stwierdził, co więcej, że z niej biorą się potem wszystkie nieszczęścia, między innymi pisanie wierszy[13]. Poetycka „Kolonia” jawi się, więc w tym świetle, podobnie jak „Vaterland”, czy „Dwanaście stacji”, jako prywatna ojczyzna, gdyż jak mówi poeta: innej nie mam [14] .Nabiera ona znamion utopi. Gdzie, więc należy szukać tej na wpół mitycznej krainy, skoro jej status wydaje się tak nieokreślony. Jaką zajmuje przestrzeń tytułowa kolonia i w jaki sposób się do niej dostać? Pachnie przyprawami, nosi egzotyczne nazwy odległych krain i odsyła do podróżniczych książek czytanych w dzieciństwie.

[...]dotąd nie było

jej na mapie, a teraz już nie chce się zmieścić

(„Mapy”, s. 2 8)

Okazuje się, bowiem ona bytem fantazmatycznym, snem pomieszczonym w języku[15], który umożliwia na otwarcie szczelin podświadomości i odsłonięcie innej rzeczywistości. Jest żywiołem wyobraźni, twórczym marzeniem odciśniętym w mowie, czynnym oniryzmem. „Kolonie” w pewnym sensie przypominają opis na wpół sennego marzenia chłopca, którego wyobraźnia nie jest jeszcze niczym ograniczona. Bez trudu ożywają w niej przedmioty i przemawiają duchy. Ewokowane przez nią obrazy to, jak stwierdził Bachelard, mediacja między nami a naszym chceniem[16] . Czy wobec tego możemy mówić o jakiejkolwiek mapie? Sam podmiot liryczny zdaje się zaprzeczać jej istnieniu. Czy należy nakładać na świat przedstawiony siatki kartograficzne i doszukiwać się w metaforach i nazwach geograficznych jakichkolwiek elementów strukturalnych? Nie można zupełnie odrzucić tej propozycji, gdyż po części jest ona nicią wiążąca kolejne wiersze tomiku i porządkującą świat przedstawiony. Znaczna cześć tytułów wierszy zawartych w „Koloniach” to właśnie nazwy geograficzne np. „Przylądek Horn (s. 12) czy „Wyspy Pieprzowe(s. 76). Próbując kreślić konkretną mapę koloni łatwo jednak dać się zwieść, gdyż wspomniane nazwy są jedynie tropem poetyckim, a figury rządzące poezją Tomasza Różyckiego należą do innego porządku niż geograficzny, odsyłają do tego, co pozajęzykowe.[17] Najistotniejszym wymiarem orientacji przestrzennej poety wydaje się być, według Jacka Gutorowa, Metauxu, rzeczywistość pośrednia, gdzie zderzają się dobro i zło, a jeszcze wyraźniej byt i złudzenie bytu.[18]

Z trzech światów dwa są znane, ten trzeci

Zakryty mgła, zamknięty wewnątrz twego medalionu

(„Fałszywe mapy”, s. 49)

Biorąc po uwagę migotliwość interpretacji tworzywa poetyckiego, by spróbować odtworzyć mapę „Koloni”, musimy zagłębić się we własną geografie snu i podświadomości. Chyba częściowo, wbrew słowom Jacka Gutorowa, żaden tekst krytycznoliteracki nie będzie wystarczającym przewodnikiem po najnowszym tomiku poetyckim Różyckiego, gdyż map „Koloni” jest tak wiele, jak wiele jest jej czytelników i każda z nich nie jest w pełni prawdziwa.

Świat przedstawiony w „Koloniach” wymaga od odbiorcy aktywnego uczestnictwa. Osnuty wokół marynistycznego rusztowania zaprasza do wieloznacznej podróży, która paradoksalnie okazuje się powrotem, peregrynacją po utraconą niewinność. Doskonałym narzędziem poetyckim wyrywa odbiorcę z machiny cywilizacji i przenosi na odległe wyspy, gdzie wyobraźnia staje się ontogenezą i na nowo odtwarza więź człowieka z kosmosem. Piąty tom Różyckiego przypomina baśń utkaną z elementów codzienności i przeszłości, za którymi kryją się procesy wewnętrzne bohatera lirycznego. To czarna opowieść, pisana ręką, ciałem, sercem (s. 77), przeznaczona jedynie dla dorosłych, potrafiących się pogodzić z trudną prawdą zakończenia. Zamiast złota czeka bowiem u kresu podróży gąbka pełna krwi. „Kolonie” rozpościerają swój bogaty świat jedynie przed tymi, którzy mimo tej świadomości decydują się otworzyć czarną kopertę i wyruszyć, by razem z bohaterem lirycznym budować własną fantazmatyczną wyspę. Jeśli to zrobią, szybko dostrzegą, że morska wyprawa po egzotyczne przyprawy, wakacyjny wypoczynek naznaczony inicjacją i pobyt w koloni karnej to jedna i ta sama przygoda. Przygoda z językiem, który dopiero przez poetycką narracje buduje prawdziwą „Kolonie”. Mapa tytułowej krainy to przecież nic innego jak pełna szczelin i bruzd kartograficzna siatka języka. Kolonizacja świata to naznaczanie go stygmatem słowa, nasycanie go atramentową głębią (s. 5 8) . „Kolonia” „stanie się” w nas wtedy kiedy zostanie nazwana, jednostkowo zinterpretowana. Klucz do własnej koloni schowany jest bowiem pod językiem każdego człowieka.


[1] Utwory Tomasza Różyckiego cytowane za: Tomasz Różycki, Kolonie, Kraków 2007. W nawiasach podaje tytuły wierszy i stronę, na której są zamieszczone, a w przypadku krótkich fragmentów jedynie numer strony. Fragmenty, przy których nie umieściłam numeru strony są dalszą częścią utworu bezpośrednio je poprzedzającego.

[2] Magdalena Rabizo-Birek, Ballady i romanse naszych czasów. O Animie Tomasza Różyckiego, „Fraza” 2006, nr.4, s.111.

[3] Ib, s. 113.

[4] Piotr Śliwiński, Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce, Warszawa. Prószyński i S-ka 2007, s.45.

[5] Ib, , s.125.

[6] Ib, , s.27.

[7] Ib. ,s. 289.

[8] Agata Stankowska, Kształt wyobraźni. Z dziejów sporu o „wizję” i „równanie”. Kraków 1998, s. 47.

[9] Gaston Bachelard, Wyobraźnia poetycka, Warszawa 1975, s. 35..

[10] Mirce Eliade, Czas święty i mity, w: tegoż, Sacrum, mit, historia. Warszawa 1993, s. 98.

[11] N. Fyre, Wielki kod, Bydgosz 1998, s. 67.

[12] Gaston Bachelard, op. cit. , s. 13.

[13] O nostalgii, upiorach i pociągu, rozmawiał Jacek Gutorow, „Studium” 2000, nr.5-6, s. 6.

[14] Ib. , s.7.

[15] . Sen pomieszczony w języku, rozmawiał Radosław Wiśniewski, „Lampa” 2004, nr.1, s. 78.

[16] Gaston Bachelard, op. cit. , s. 15.

[17] Jacek Gutorow, Geografia sensu, sens geografii [w:] tegoż, Niepodległość głosu. Szkice o poezji polskiej po 1968 roku, Kraków, 2003, s.145

[18] Ib. , s. 154.

maj 11, 2008 - Opublikował/a nieoczywiste | literatura, news, poezja | | Brak komentarzy

Brak komentarzy »

Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz